RSS
sobota, 24 marca 2012
Dajesz, dziadek.

"Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że Ci się to przytrafiło"

(G.G. Marquez)

 

 

Nadszedł taki czas, że dziadek został sam, a życie sprowadziło się do cierpliwego czekania na koniec. Najważniejszym dylematem każdego poranka był dla niego wybór między musztardą a chrzanem do śniadania. Bo dziadek codziennie rano jadał parówki. Był to jego prawie religijny rytuał i nie przerażały go doniesienia o dodawanym do nich papierze toaletowym.Wypijał szklankę mleka i brał w trzęsące się ręce Trybunę Ludu szukając jedynie prawdziwych informacji w rubryce sportowej. Potem przez resztę dnia dziadek cierpiał na artretyzm i w czasie największego bólu poruszał się przy pomocy balkonika, który pożyczał od swojej znienawidzonej sąsiadki.

Dziadek był dumnym wysokim mężczyzną cieszącym się niezachwianą kondycją fizyczną i w odróżnieniu od swoich rówieśników nie posiadał karykaturalnego brzuszka. I tylko ten artretyzm odbierany przez niego jak kara zesłana dla jakiegoś żartu przez niebiosa pokazywał prawdę o jego wieku.  Kiedy w słoneczne dni zasiadał na balkonie ubrany w biały podkoszulek żeby ogrzać swoje zmęczone życiem stawy przypominał mi Jamesa Deana, z tym swoim papierosem bez filtra i suchą od słońca skórą twarzy. W tych jego bruzdach i zmarszczkach jak u jakiegoś starego indianina mieszały się przemiennie zmęczenie, smutek, mądrość i przemijanie. Potrafił tak siedzieć z przymkniętymi oczyma, nieobecny, jakby gdzieś daleko przeżywał swoje inne życie wypuszczając z ust siwy dym.

I tak mijały dni, a największą atrakcją dla dziadka był spacer na obiad do baru mlecznego "Słoneczko", gdzie z poczuciem wstydu i upokorzenia realizował bony żywnościowe. Wchodził tam przygarbiony z grymasem zażenowania stukając tym cholernym balkonikiem o szarą posadzkę. I przeklinał w duchu swoją sąsiadkę razem z jej grubym psem Pikusiem, którego od wielu już lat podtruwał bo nie był w stanie zdzierżyć jego wiecznego jazgotu kiedy tylko wychodził na wspólny balkon. Przeżywał każdego dnia na nowo te swoje sto lat samotności wśród tych samych znajomych twarzy, pytających codziennie o zdrowie, czy były wnuki, że dzisiaj ładna pogoda, a wczoraj to padało i co ksiądz mówił w niedzielę na mszy, a co było w Dzienniku.

Dziadek zawsze zamawiał oczywisty dla niego sznycel wiedeński i pyzy z sosem myśliwskim. Siadał w kącie ze spuszczoną głową i wzrokiem przykutym do talerza, chowając się przed wścibskimi spojrzeniami swoich własnych sąsiadów, którzy w jego mniemaniu robili sobie teatr z postępującej i nieubłaganej starości.

Tak wyglądał każdy jego dzień i wydawało się, że już tylko śmierć może cokolwiek jeszcze zmienić. I kiedy dziadek znowu wtaczał się z bólem i wstydem do baru mlecznego Słoneczko poraził go na miejscu piorun. Dziadek tak stał oparty o ten swój oczywisty już balkonik próbując nieudolnie łapać oddech w swoje zmęczone piersi i przecierał oczy w zdumieniu bo świat nagle zaczął wokół niego wirować. On sam poczuł się nagle tak pijany jak nie był chyba już od śmierci babci Janiny, kiedy to znalazłem go znokautowanego na środku dywanu.

Piorun trafił go akurat w momencie kiedy wyciągał z portfela swój żałosny bon żywnościowy i spojrzał na zmysłową czerwień ust kasjerki. I w jednej chwili runęło wszystko, co było takie proste i do bólu poukładane, oczywiste jak biel w jakiejś idiotycznej reklamie proszku do prania. To było dla dziadka całkowicie niespodziewane jak burza piaskowa na środku morza i gdzieś tam w środku czuł, że za chwilę nie będzie w stanie zebrać z podłogi swojej sztucznej szczęki, która zaczynała już powoli wypadać razem z potokiem śliny. Nie potrafił sobie dać rady z tym uczuciem, a gdzieś tam w jego wnętrzu pod szarą skorupą rzeczywistości kotłowały się rozszalałe emocje. Bo oto stała przed nim Ona. Jak w jakimś odległym zapomnianym śnie i przez ułamek chwili dotykała spojrzeniem jego zmarszczek, a kiedy w końcu zajrzała mu ufnie w oczy i odezwała się:

    • Proszę Pana, czy mogę?

Dziadek tylko wydukał podnieconym, drżącym głosem:

    • Zawsze... wszędzie...

I serce kołatało mu jak oszalałe i już szukał w wewnętrznej kieszeni marynarki kapsułek z nitrogliceryną, bo przecież Ona była tu od zawsze i nic nie zapowiadało, że piorun trafi w niego właśnie teraz. A Ona musnęła delikatnie jego palce i poczuł się przy tej kobiecie jak kompletny idiota z tym swoim tragicznym balkonikiem, siwą głową i tymi trzęsącymi się rękoma. Zabrał w końcu swój talerz i usiadł tak żeby móc na nią patrzeć. Ona miała w sobie coś, czego nie potrafił nazwać. To było szaleństwo i dziadek już zaczął prowadzić wewnętrzny dialog o tym, co powiedziałyby dzieci i co pomyślałyby wnuki. I tylko Jej szeroki uśmiech i świeżość w spojrzeniu zagłuszały te jego wszystkie wyrzuty sumienia i moralne wątpliwości. Dziadek siedział tak wpatrzony jak w jakąś ikonę, a cały banał tej sceny rozjaśnił jego zakurzone czasem wnętrze.

- Żyję – pomyślał.



niedziela, 20 marca 2011
Imadło

Tak już było z tą sprawiedliwością u nas, że miała często wyrafinowany charakter. Nie to, co na innych osiedlach, gdzie tylko kosy w plecach i cięcie rozbitymi butelkami. Nam z dziada pradziada tłumaczono, że sprawiedliwie jest wtedy, kiedy naprawdę boli.  Dlatego nikt na żadne sądy nie liczył. U nas wiadomo było, że będzie po ludzku sprawiedliwie.  No bo jaką karę miał niby dostać ten pianista, który na imieninach matematyka całował się z jego pijaną żoną? Tak tłumaczył nam to pradziadek Jelewski, kiedy siedzieliśmy zdziwieni na balkonie, gdy matematyk razem z ludźmi z blokowej ferajny taszczył pianistę do garażu.

I matematyk zabrał mu to , co ten kochał najbardziej. Kiedy ludzie trzymali siłą muzyka na krześle, urażona duma matematyka po kolei miażdżyła mu palce w imadle. Chrząstki trzaskały jak kości obgryzane przez wygłodniałego psa. A potem, kiedy było już po wszystkim i potrzebny był lekarz żeby założyć cewnik, bo było wiadomo, że do końca życia nie będzie mógł samodzielnie chodzić do łazienki, matematyk posadził pianistę na krześle przy fortepianie.  I kazał mu patrzeć i wąchać.  A czasem, kiedy komuś się przypomniało puszczali mu Rachmaninowa żeby matematyk cieszył uszy jego płaczem.  I nikt nie uznał tego za przesadę. Zupełnie, co innego niż dziś.

Kiedy wiele lat później stałem już, jako nastolatek na tym samym balkonie zasady się zmieniły.  I już tylko pieniądz się liczył, a bałagan zastąpił porządek. Stałem tak na balkonie i wspominałem pradziadka Jelewskiego, z tą jego dostojną postawą, krótkim wąsem, godnością w spojrzeniu i surowością. I właśnie wtedy zobaczyłem Piaska, który szedł jak zwykle w kierunku boiska. Dostrzegł na trawniku siatkę z okrągłym przedmiotem w środku i pewnie pomyślał, że to piłka, bo nie namyślając się długo wziął rozbieg i idealnie złożył się do strzału. No i z siatki zamiast piłki wystrzeliła w powietrze ludzka głowa.

A była to głowa z jednym pustym oczodołem, co świadczyło o tym, że należała kiedyś do Szuszfola.  I tak leciała, a Piasek wybałuszył gały, otworzył w zdumieniu usta i patrzył na swojego najpiękniejszego gola, bo akurat głowa trafiła prosto w okienko przystanku autobusowego.

Reszta Szuszfola odnalazła się szybko w śmietniku owinięta w dawno nieczyszczony, tłusty dywan. Widocznie głowa pomimo jego niskiego wzrostu nie zmieściła się w kanonie morderczej estetyki, bo przecież u nas zawsze musi być równo, symetrycznie i dokładnie. Po prostu poznański „ordnung”.

Okazało się, że Szuszfol został zarżnięty, bo pożyczył na wino dziesięć złotych od jakiegoś przerośniętego małolata  i spóźnił się dwa dni z płatnością. Być może wino było niedobre, a może Szuszfol tak długo leczył kaca, że zapomniał. I umarł. W zasadzie to nie żeby ktoś płakał. Po prostu zamieszanie się zrobiło. Znowu stałem z przyjaciółmi z dzieciństwa na balkonie i obserwowaliśmy w znudzeniu najazd policji i dziennikarzy.

I tak bezmyślna i prymitywna kosa zastąpiła romantyzm i refleksję nad istotą rzeczy.  Coś się skończyło, zostało zgubione wraz ze zmianą systemu….

środa, 16 marca 2011
Proce, obcęgi, kosy i inne gadżety

To były czasy, że kiedy do dziewczyny z naszych bloków przychodził chłopak z zewnątrz, to obijało mu się ryja. Nie było zmiłuj, bo każdy z nas miał obijanie ryja we krwi. Honorowo, jeden na jeden, jeszcze bez dodatkowego sprzętu. Bo inaczej było, kiedy ktoś chciał uwieść czyjąś żonę, wtedy mogły go spotkać obcęgi i rozżarzone żelazo. I było tak u nas od zawsze, że najpierw obicie ryja, a potem dopiero konwersacja, nie to co na Jeżycach, gdzie od razu kosa w plecy. No tak, ale było od zawsze wiadomo, że Jeżyce to dzicz.

I tak staliśmy na balkonie razem z Jabłuszkiem, kiedy na chodniku nasi obijali ryja jednemu chłopakowi z Głównej. Koleś już pewnie rozmyślał, u którego dentysty wstawić jedynki. Bo zawsze ząb musiał być wybity. Nie było litości.  Koleś musiał bez zębów być dla naszych dziewczyn brzydki, choć dla nas wtedy był ładny. Tak miał wyglądać każdy obcy.Ferajna skończyła, chłopak z zębami w ręce chwiejnym krokiem powłóczył się w kierunku linii horyzontu.

Po widowisku znudzeni zaczęliśmy strzelać z procy do kotów. I właśnie wtedy zza ściany bloku wyłoniła się na chwilę rozczochrana, czarna głowa. No i okazało się, że Jabłuszko oddał tego dnia jedyny strzał w dziesiątkę. Prosto w oko. A głowa, która stanęła tak idiotycznie na linii ognia należała do najlepszego przyjaciela mojego debilnego kuzyna Aju - Szuszfola.

A Szuszfol to był chłopak, który przyszedł na świat niechciany i został podrzucony na wycieraczkę, zupełnie jak pijackie gówno Okuloka. I tak samo został przyjęty przez Dziuchę. Ze wstrętem i pokorą. Choć myśleli żeby go oddać, albo zadzwonić po milicję, to jednak bali się, ze przy okazji zamkną im melinę. Więc Szuszfol został. A był tak samo pomylony i opóźniony jak mój kuzyn. Ciągle tylko dłubał w nosie, a z ust wydobywały się same "tulwy". Chodził brudny, umorusany i rozczochrany, taki mały, wychudły wypierdek, którego nikt nie lubił. Owłosiony jak małpa, czarny. To jemu pierwszemu wyrósł zarost, a on zapuścił krzaczaste bokobrody.

I tak stał  z krwawiącym oczodołem, kiedy my w dwójkę gapiliśmy się na siebie w szoku. Z wybałuszonymi gałami i do granic niemożliwości otwartymi ustami.

- O kurwa... - pisnął Jabłuszko.

- No.... nie martw się, ma jeszcze drugie - próbowałem pocieszyć.

Razem poszliśmy do domu Jabłuszka, żeby ojciec wymierzył mu sprawiedliwą karę. I byłem przy nim, kiedy sam przekładał się przez kolano. Czułem jak boli, ale i tak to bylo nic, bo Dziuchy baliśmy się bardziej niż pasa. Szczególnie kiedy pas był po dobrowolnym poddaniu się karze. I tak, kiedy już razy zostały wymierzone do drzwi pięścią waliła Dziucha i wrzeszczała tym swoim ostrym jak brzytwa głosem. A my schowaliśmy się w najdalszym kącie mieszkania i udawaliśmy, że czytamy komiksy, choć przyspieszony oddech i kołatające serca nie pozwalały nam się wyciszyć. No w końcu Dziucha zabiła dziecko, jak mawiali najstarsi w piaskownicy.

No i Dziucha w ramach zapłaty za wybite oko zarządała dwóch litrów spirytusu, kilograma kiełbasy śląskiej i dużego słoika ogórków "po warszawsku". Ojciec Jabłuszka zgodził się i jednocześnie poimformował Dziuchę, że tyłek jego syna nie będzie mógł przynajmniej przez tydzień bezboleśnie usiedzieć. Odetchnęliśmy.

Bo wtedy za każde zło trzeba było zapłacić. To nie to co teraz. Każde zło pociągało swoją nieuchronną karę. Bo liczyła się duma i honor się liczył.

 

 

 

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010
Okulok King

W końcu wyprowadziliśmy się.  Choć wyglądało to raczej na ucieczkę, bo wyjechaliśmy pod osłoną ciemności (żeby auflagu nie robić!).  Opuszczaliśmy mój świat, a ja dostałem własny pokój. Wcześniej musiałem spać w jednym łóżku z młodszą siostrą, co było szczególnie uciążliwe, kiedy odkryłem przyjemności wieczornego onanizmu. Musiałem zostawić mojemu kuzynowi Dodo całą kolekcję piłkarskich proporczyków, bo blok, do którego się wyprowadziliśmy był z betonowych płyt i nie dało rady wbić gwoździ w ścianę. W ogóle wszystko tam było nowe, nieskażone i czyste.  Nowi sąsiedzi jeszcze nie zdążyli urządzić parapetówek. Nikt nie sikał na klatce ani nie rzygał na chodnik, nikt nie śpiewał (nudy!).

Zostawiłem wszystkich moich przyjaciół, choć nie zmieniłem szkoły i musiałem codziennie dojeżdżać tramwajem. Nie chciałem poznawać nowych kumpli, bo ci starzy mi wystarczyli. Każdą wolną chwilę spędzałem w mojej dawnej dzielnicy. Zostawiałem u dziadków tornister i ruszałem z Bułą, Jabłuszkiem i Ajzolem na podbój świata. Byłem na bieżąco z wszystkimi najciekawszymi wydarzeniami. A działo się sporo.

Akurat w czasie kiedy uciekliśmy, ojciec Nigerii Genas popełnił próbę samobójstwa. Wszystko przez to, że komisja do spraw rozwiązywania problemów alkoholowych skierowała go na przymusowe leczenie.  Genas napisał w rogu gazety „odpierdolcie się ode mnie”, napił się rozpuszczalnika i poszedł spać. Kiedy Szprycha do spółki z Nigerią próbowały doszukać się ukrytego sensu w owym liście, od samobójcy dochodziła inna niż zwykle woń. I wtedy właśnie na szybkie odwiedziny przyszła do Szprychy moja babcia Janina. Przeczytała pożegnalne zdanie Okuloka, po czym fachowo obwąchała pijaka i zdiagnozowała zatrucie rozpuszczalnikiem nitro. Babcia miała posłuch wśród miejscowego penerstwa, budziła respekt i posiadała niepodważalny autorytet. I tak orzekła kurację mlekiem, ale niestety Genas nie był w stanie już niczego wypić, więc pogotowie odwiozło go w końcu na detoks. No i uratowali go, ale nie mogąc się pogodzić z odesłaniem na odwyk, nażarł się relanium i znowu zasnął. Tym razem jednak nikt go nie ratował, bo Szprycha i Nigeria zdążyły się już przyzwyczaić. Więc kiedy się obudził był na nie zły. Obraził się zarówno na Szprychę, jak i na córkę Nigerię. Obraził się na niedające umrzeć tabletki, na rozpuszczalnik, w końcu na siebie samego. Wyszedł z domu i jakby doznał nagłego olśnienia, zahipnotyzowany zgłosił się do ośrodka odwykowego.

Wieść o kapitulacji Genasa rozniosła się po całej okolicy. Jego najwierniejszy kompan Okulok urządził stypę, na której wszyscy poza nim otruli się alkoholem metylowym. Część straciła tylko wzrok, a część odeszła na zawsze. Tylko Okulokowi nic się jak zwykle nie stało.  On był najtwardszym penerem na naszym osiedlu, pił wszystko, co mu się nalało. Nawet smole nie przepuścił. I tak lata mijały, aż pewnego dnia pijany Okulok wpadł pod samochód i wylądował w szpitalu. Lekarze znaleźli lekarstwo na jego alkoholizm - gangrenę. Wrócił do domu bez nóg, za to ze świeżo przyznaną rentą. Każdego dnia okoliczne żule niosły Okuloka na krześle pod Dobrawę, gdzie kwitło beztroskie, pijane życie. Ja z dziadkiem i babcią chodziliśmy czasem na obiad do tej knajpy, bo dziadek dostawał bony z pracy. Restauracja owa podzielona była na część pijacką i bardziej kulturalną jadalnię. Te dwa światy odgradzał metalowy kwietnik. I kiedy my jedliśmy pyzy z sosem myśliwskim przy stoliku przykrytym ceratą, po drugiej stronie trwała w najlepsze impreza, której królem był beznogi Okulok. Udawałem niewiniątko przed babcią Janiną i dziadkiem Henrykiem, a w rzeczywistości chłonąłem każde słowo, okrzyk i gest.

Z takim właśnie arsenałem nowych historii wracałem codziennie tramwajem do domu, gdzie w nudnych betonowych czterech ścianach tęskniłem do Buły i Jabłuszka. Do Ajzola, Biedrony i Niegerii. Do mojej rzeki, gdzie ganialiśmy się z psami. Wałów przeciwpowodziowych, bunkrów i wszystkich tych tajemniczych, a czasami strasznych zakamarków. Do wolności. I ten sentymentalny nastrój trwał do momentu, kiedy moja siostra stała się w końcu w pełni użyteczna i zaczęła przyprowadzać mi całe tabuny swoich nowych koleżanek.

sobota, 11 grudnia 2010
Dotknij mnie

Pani Mleczarek postanowiła wpłynąć na rozwój intelektualny klasy poprzez obcowanie z wysoką kulturą.  I tak pewnego dnia poszliśmy całym stadem do opery. Musiałem założyć białą, a do tego wyprasowaną, koszulę, co było bardzo nieprzyjemne. Więc siedzieliśmy w większości ze skwaszonymi minami. Buła cierpiał, kiwał głową i co rusz poprawiał sobie kołnierzyk koszuli, a Jabłuszko siedział spięty, jakby miał kij w tyłku.  Ajzol, który od razu kupił program, wodził dookoła oczami i każdemu powtarzał, że on już tu był.

Poszliśmy na Barona Cygańskiego, co nam nic nie mówiło, ale pani Mleczarek obiecała, że będzie fajnie. Pośpiewają, potańczą i w ogóle, że będzie się działo. No i pani się pomyliła. Co prawda rzeczywiście śpiewali i tańczyli, ale jakoś nikt z nas nie rozumiał, o co chodzi. I tak po kilku minutach zaczęliśmy się wszyscy niemiłosiernie wiercić i szeleścić, a ładnie ubrane panie i panowie grozili nam palcami i krzywili się, patrząc na nas z wyższością i obrzydzeniem. I właśnie wtedy Biedrona wzięła moją rękę i położyła na swojej piersi. Na chwilę zamarłem, podobnie jak pan, który skierował na nas swoją małą lornetkę i szeptał coś ładnie ubranej pani do ucha. Uczucie było jednak bardzo przyjemne, szczególnie, że Biedrona zsunęła swoją dłoń i dotknęła mojego krocza. Płonąłem czerwienią i zaschło mi w gardle. Tak trwaliśmy jakąś minutę, kiedy nagle oberwałem w łeb od Zarazy. Wszystko zauważył, kiedy wstał, żeby uciec do ubikacji. Zaraza posiadał sztywny kręgosłup moralny i akurat był na etapie, kiedy pozwolił Rudej trzymać się za rękę. Był zdania, że jakikolwiek kontakt cielesny z dziewczyną powinien się odbywać dopiero po ukończeniu podstawówki. Dlatego bardzo się na tę scenę oburzył i nawet się trochę pokłóciliśmy. A biedna Ruda, która też chciała zostać złapana i sama złapać, wznosiła tylko bezradnie wzrok ku niebu.

Pani Mleczarek przyznała się przed nami do błędu, bo też jakoś nic z tej opery nie rozumiała i obiecała nas zabrać w następnym miesiącu do kina. Ucieszyliśmy się, bo kino lubił każdy. I w dodatku nie trzeba się było ładnie ubierać. Dlatego bardzo się na takie obcowanie z wyższą kulturą ucieszyliśmy. Umówiliśmy się przed blokiem Zarazy, skąd całą paczką poszliśmy pod szkołę, gdzie czekała już na nas wychowawczyni i reszta. No i Biedrona mrugnęła do mnie porozumiewawczo okiem, a ja od razu się zaczerwieniłem po uszy. Pani powiedziała, że film będzie o zwierzętach.  Nosił on tytuł Psy, a ja bardzo lubiłem pieski i miałem podobnego do Szarika z Czterech pancernych, owczarka niemieckiego.

No i usiadłem w kinie obok Biedrony, a kiedy zgasły światła szepnęła mi do ucha, żebym jej dotknął. Położyłem rękę na piersi, jednak w chwilę później zamarłem. Bo film wcale, a wcale nie był o pieskach. Tak mi się spodobał, że siedziałem z rozwartą szczęką i wybałuszonymi gałami. A kiedy spojrzałem w bok, zobaczyłem równie zahipnotyzowanego Bułę, Ajzola i Jabłuszko. I tylko pani Mleczarek dziwnie błądziła wzrokiem po sali, jakby w poszukiwaniu ratunku.

Z obściskiwania z Biedroną niewiele pamiętałem, ale wyszedłem z kina uzbrojony w cały arsenał nowych, a niekiedy szokujących wulgaryzmów. Film się wszystkim podobał i prosiliśmy panią, żeby nas zabrała na niego jeszcze raz. Ale nasza wychowawczyni tylko spojrzała na nas przestraszona i wydusiła z siebie:

- Obiecajcie, że nie opowiecie filmu rodzicom, a każdy dostanie czwórkę z fizyki na koniec semestru.

No i powiedziałem mamie, że film był przyrodniczy i nudny. A naszej wychowawczyni odeszła ochota na rozwój naszego intelektualnego potencjału, bo już nigdy więcej nas nigdzie nie zabrała.

czwartek, 09 grudnia 2010
Dym z oka

Na podwórku najchętniej graliśmy w nogę. Szczególnie, kiedy nie było Ajzola, bo wtedy bez wstydu mogliśmy potykać się o własne kończyny, kępy trawy, krecie kopce i piłkę. Buła stawał na bramce, którą przeważnie tworzyło drzewo do spółki z koszem na śmieci. Mógł wtedy spokojnie jeść i wystawiać twarz w kierunku słońca. A ja z Jabłuszkiem i resztą naparzaliśmy się na środku trawnika. Kiedy któryś z nas strzelił gola, było wielkie święto, bo większość z nas miała problemy ze wzrokiem i koordynacją.

Właśnie w trakcie takiego meczu, kiedy akurat prawie strzeliłem bramkę, zmarła moja prababka. Miała jakieś dziewięćdziesiąt sześć lat i była malutką, zasuszoną staruszką. Nosiła nieustannie kolorową chustkę na głowie i towarzyszyła mi w chwilach samotności, kiedy alienowałem się na imprezach rodzinnych.  Potajemnie uczyła mnie niemieckiego i snuła niesamowite opowieści.  Jednak najczęściej widziałem w niej pirata, bo prababka nie miała oka i kiedy zaciągała się papierosem bez filtra, siwy dym uwalniał się z jej pustego oczodołu. Miała sztuczne oko, ale kiedy pozwoliła mi się nim pobawić, to niewiele z niego zostało. Mogła być również supertajną agentką walczącą zarówno ze Szkopami, jak i Ruskimi. Najbardziej prawdopodobne było jednak to, że w czasie tych wszystkich wojen, które przeżyła, handlowała bimbrem ze wszystkimi możliwymi stronami konfliktów. Przed wojną pracowała w knajpie Między Nogami, gdzie dokarmiała pradziadka. Do ostatnich dni życia nie rozstawała się z piersiówką, ale przed każdym łykiem zerkała ukradkiem, czy nikt nie patrzy. To właśnie prababka Wiktoria, jako pierwsza zachwiała podwalinami mojego duchowego życia. Kiedy moja babcia pewnego dnia zwracała się w potrzebie do czuwającej gdzieś w górze opatrzności, prababka wyznała:

- Z góry to aby dyszcz, śnig, bumba i ptasie gówno na łeb może spaść.

Nie wiedziałem, co myśleć, kiedy ciało prababki zaległo dwa metry pod ziemią. Bo jak dotąd wyobrażałem sobie, że tam na dole toczy się normalne życie. Zmarli oglądają telewizję, czytają książki i grają w karty. Kiedyś nawet zacząłem kopać przy nagrobku zmarłej zaraz po urodzeniu ciotki, gdyż chciałem się z nią pobawić. Doprowadziłbym babcię do zawału, bo szybko musiała ten dół zasypywać.

No i siedziałem po tym pogrzebie załamany na trawie, odczuwając swój pierwszy w życiu ból istnienia. Mieliśmy znowu grać mecz, no i koledzy chcieli zobaczyć pozostałości sztucznego oka prababki, które dostałem w spadku. Buła przyprowadził na boisko nowego kolegę Piaska, który choć był od nas młodszy, mijał nas jak pachołki. Patrzylliśmy z wybałuszonymi gałami, kiedy robił zwód za zwodem, albo, gdy przepuszczał komuś piłkę między nogami. To był prawdziwy geniusz, jak Maradona.  Ale przynajmniej się z nas nie nabijał jak Ajzol, tylko dopingował do walki. My mieliśmy jednak dość. Postanowiliśmy zostać kibicami. A Buła, który wykradał z kościelnej skrzynki koperty z pieniędzmi, tym razem zamiast słodyczy wyciągnął z plecaka najprawdziwszą butelkę piwa. Uśmiechał się przy tym wyjątkowo szyderczo. I kiedy sączyliśmy pierwszy raz w życiu złocisty płyn, a Piasek bawił się w małego Maradonę, dotarło do mnie, że coś się kończy.

Wraz z pierwszym łykiem piwa weszliśmy w świat dorosłych, bo już następnego dnia kupiliśmy za kościelne pieniądze tanie wino w sklepie „po schodkach”, gdzie pracowała bardzo liberalna cycata ekspedientka…. A pierwszy ból istnienia zniknął równie szybko, jak się pojawił....

niedziela, 05 grudnia 2010
Oj impreza, że klocek w zlewie

Kiedy przychodziły chłodne dni, życie towarzyskie osiedla przenosiło się z ławek i zielonej trawy na klatki schodowe. I tak, jak za toaletę ekologiczną robiły latem okoliczne drzewa i krzaki, tak zimą i jesienią imprezowicze siurali na ściany. Nasz dozorca pan Duda uwijał się jak w ukropie, ale klatka nie przestawała śmierdzieć. Co gorsze, przybywało kolejnych atrakcji, bo co rusz któryś z sąsiadów odnajdował na swojej wycieraczce To i Owo. I razem z Bułą, Jabłuszkiem i Ajzolem musieliśmy zjeżdżać po poręczy żeby w coś nie wdepnąć.

Najfajniejsze imprezy na klatce organizowali Genas i Szprycha do spółki z Okulokiem. Śpiewom i krzykom nie było końca. Aż pewnego dnia mój ojciec wyszedł na balkon, żeby zaczerpnąć trochę zgniłego, jesiennego powietrza i stwierdził, że pada. Z balkonu nad nami lał się deszcz krwi. Okazało się, że to Szprycha potknęła się, poślizgnęła i wybiła sobie wszystkie przednie zęby o betonową posadzkę. No i moja matka znowu patrzyła z trwogą w kalendarz, który zawierał jedyną nadzieję na spokój – wyczekiwane od piętnastu lat, nowe mieszkanie. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć, że kiedyś do tego dojdzie. Matka patrzyła w kalendarz, kiedy z trzeciego piętra spadł jak Superman pijany Aloch (co prawda szybko się podniósł, ale potem zakatowali go milicjanci). Patrzyła, kiedy sąsiadka z góry podpaliła mieszkanie i patrzyła teraz, kiedy krew Szprychy lała się z nieba.

No i Szprycha przestała pić, bo się obraziła na Genasa, że jej się zęby przednie wybiły. Mogłem spokojnie już odwiedzać ich córkę Nigerię, której czarne oczy i kręcone włosy zapierały dech w piersiach wszystkim chłopakom z osiedla. Niestety jej małomówność mogła nie jednego doprowadzić do szału, a monologi, które prowadziłem zdawały się odbijać, jak od ściany. I tak trzeźwa jak nigdy Szprycha wprowadziła w swoim domu nowy porządek. Odcięła Genasa od pieniędzy i musiał błagać ją, obiecywać, klękać, płakać, kiedy nieuchronnie nadchodziło delirium tremens. Pewnego dnia, kiedy właśnie opowiadałem Nigerii o wyższości Thorgala nad Kajko i Kokoszem, Szprycha w swoim zacietrzewieniu odmówiła pieniędzy Genasowi. Ten w słodkim rewanżu podpalił nagle podłogę i w tym momencie przerwałem mój wywód. Linoleum płonęło, a Szprycha pozostawała nieugięta. Na tę scenę weszła moja matka, która akurat potrzebowała (pilnie!) pożyczyć szklankę cukru. A Genas z zimnym wzrokiem utkwionym w Szprychę i moją matkę podszedł do zlewu, ściągnął spodnie i gatki ukazując swoją męskość. Po czym podciągnął się na rękach i zrobił To i Owo.

- Boże!!! Kurwa!!! Jeszcze pięć lat!!! I wynosimy się stąd!!! – zagrzmiała moja matka – Idziemy  synek!!!

Po tym wydarzeniu Szprycha nie wytrzymała nerwowo i złamała swoją rekordowo długą abstynencję, a ja dostałem szlaban na zabawę z Nigerią.

W tym czasie pan Duda do spółki z Maniolem, który należał do ścisłej elity blokowej ferajny, złapali sprawcę niemiłych niespodzianek na wycieraczkach. Był to Okulok, który najwidoczniej miał od dłuższego czasu problemy ze zwieraczami. Za karę Maniol kazał mu zjeść mysz. A cały blok odetchnął i karę przyjął ze zrozumieniem, a nawet gdzieniegdzie słychać było postulaty, że zeżreć powinien coś innego.

Moja matka miała kolejny powód, żeby zajrzeć do kalendarza. Bo siwych włosów od tych wszystkich imprez przybywało.  I w końcu trzeba się było zdecydować na pójście z łapówką „tam, gdzie trzeba”, żeby przyspieszyć skok cywilizacyjny w kierunku nowego, „spokojnego” mieszkania...

czwartek, 02 grudnia 2010
Gwiazdor idzie!!!

 

 

Kiedy przychodził czas świąt Bożego Narodzenia musieliśmy w klasie losować osobę, którą będziemy obdarowywać. Każdy chciał trafić na kogoś sobie bliskiego. Ja modliłem się o wylosowanie Buły albo Jabłuszka, a w najgorszym wypadku Biedrony, co wiązało się z nieuniknionym obściskiwaniem i niespodziewanym całusem.

Najgorsze, co mogło człowieka spotkać to wylosowanie Cyganki, którą podejrzewaliśmy o rozprzestrzenianie plagi wszawicy. Nikt nie chciał z nią siedzieć w ławce, bo poza wszami można było dostać od niej wróżbę, czego każdy się jakoś dziwnie bał. Ona sama nic sobie z naszej niechęci nie robiła. Nawet, kiedy większość z nas wycięła ją z klasowego zdjęcia.  Bo od małego każdy  wiedział, że Cyganie porywają dzieci żeby je zjeść, rzucają też czary i uroki. W dodatku niie pracują, a mają dużo złota i dolarów.  Na ulicy trzeba było uciekać właśnie przed zbliżającą się Cyganką oraz przed nadjeżdżającą czarną Wołgą.

Osobiście bardziej od Cyganki nie znosiłem, kiedy Gwiazdor, który do nas przychodził dawał prezent mojemu kuzynowi Aju. Bo on od razu psuł zabawki, co doprowadzało mnie do szału. Ja miałem równo poukładane samochodziki na półce i ułożone w szyku żołnierzyki. No dobrze. Też czasem coś psułem. Przeważnie lalki mojej siostry, którym najpierw zaglądałem pod sukienki, a potem wydłubywałem oczy, bo chciałem zobaczyć co mają w środku. Aju po pięciu minutach psuł zabawkę, a ja pozwalałem się siostrze trochę pobawić. Wiedziałem, że Gwiazdor nie jest prawdziwy, ale ta coroczna  maskarada mi odpowiadała. Raz przebierał się mój ojciec, a raz mój chrzestny. W dużej mierze wszystko zależało od tego, który akurat był bardziej trzeźwy.

Kuzyn Aju został przeniesiony do szkoły specjalnej, po tym jak zbluzgał nauczycielkę niemieckiego od "stalej tulwy". A były to czasy, kiedy jedno brzydkie słowo mogło świadczyć o głębokim niedorozwoju psychicznym. Szkoła specjalna była tematem tabu. Tam chodzili nienormalni, którzy wąchali butapren i uciekali z lekcji w normalnej szkole. Kiedy ktoś się dziwnie zachowywał mówiliśmy, że pewnie jest ze stopiątki. Stopiątka mieściła się na Śródce i sąsiadowała ze szkołą muzyczną. Były to dwa różne światy połączone wspólną ścianą, która oddzielała dwie toalety. Po jednej stronie sikały grzeczne dzieci, które widywaliśmy, kiedy szły z rodzicami za rękę. Ubrane w białe koszule i instrumenty na plecach.  Widok ten był mało przyjemny i przyprawiał o mdłości, ale z drugiej strony sikała banda takich idiotów jak mój kuzyn, co było o wiele gorsze. I tak właśnie Aju sikając wpadł na pomysł żeby przekuć się do łazienki muzyków i ukraść komuś instrument. Na długie godziny zamykał się w łazience z dłutem i dłubał mozolnie dziurę. Kiedy się przebił, jego obślinioną, umorusaną twarz oraz potargane włosy zobaczyły te sikające małe dzieci w okularkach. Podniósł się taki wrzask, jakby zobaczyły samego diabła. Na pomoc przybiegł jakiś nauczyciel, który obezwładnił mojego kuzyna. Aju miał przerąbane. Gwiazdor miał mu dać na tyłek rózgą, co mnie bardzo ucieszyło.

Ja w szkole wylosowałem na szczęście Rudą, której moja mama kupiła jakiś dziewczyński prezent, a sam dostałem trochę słodyczy, które od razu zeżarł mi Buła do spółki z Biedroną. Spokojnie mogłem już czekać na „prawdziwego” Gwiazdora w domu.

I tak mój kuzyn Aju, jego brat Dodo, ja i moja siostra czekaliśmy w skupieniu przy choince. Poduszka w moich spodniach trzymała się dzielnie. Aju natomiast nerwowo obgryzał paznokcie i kiedy wszedł Gwiazdor z wielkim workiem na plecach i długą rózgą nie wytrzymał.

- Tuuulwaaaaaa!!! Nie chcem plezentuuuu!!! Speldalaj!!!

Gwiazdor się poważnie wkurzył, bo zaczął ganiać za Ajem po mieszkaniu wrzeszcząc i grożąc rózgą, a lekko chwiejny krok i delikatny zapach Czystej ujawnił, że w tym roku przebierał się wujek. My obsłużyliśmy się sami i zabraliśmy z worka to, co nam się należało.

I to był ostatni raz, kiedy przyszedł do nas Gwiazdor.

 

wtorek, 30 listopada 2010
Choinka dziedziczna

Kiedy przychodziła zima zjeżdżaliśmy razem z Bułą, Jabłuszkiem, Ajzolem i całą resztą na sankach z każdej napotkanej górki. Dzieciaki z osiedla wykorzystywały każdy ułamek wolnej przestrzeni do saneczkowych wyczynów – małych, kontrolowanych katastrof i karamboli. Największe głupki, wśród których prym wiódł mój kuzyn Aju zjeżdżały z górki wprost na ulicę. Szczęśliwie manewrując między rozpędzonymi samochodami. Ajzol oczywiście kwitował takie wyczyny przewracaniem oczami i kąśliwą uwagą odnoszącą się do inteligencji tych samobójców. Tylko Buła patrzył na to spokojnie i z pełnym lekceważeniem podjadał przygotowywane na wiele tygodni przed świętami pierniki, a Jabłuszko jak zwykle wybałuszał gały i cofał otwartą szczęką. Lubiłem zimę.

I tak przywiązałem kiedyś do sanek psa i chciałem bawić się w zaprzęg na dalekiej Alasce. Jednak moja trzyletnia siostra nie dała rady utrzymać się na sankach, kiedy pies pognał za pierwszym napotkanym kotem. I oberwało mi się, chociaż nic się jej nie stało i nawet zbyt długo nie ryczała. Tylko zielone dundle zamarzły zwisem w dół z jej nosa, ale zmyły się kiedy wpadła buzią w zaspę.  No i miałem powiedziane, że kiedy przyjdzie Gwiazdor dostanę na tyłek rózgą. Oczywiście, nauczony wieloletnim doświadczeniem wkładałem sobie w wigilijny wieczór poduszkę w spodnie. Uzyskiwałem przez  to dobrą amortyzację. Swoje musiałem przecież znieść żeby dostać od Gwiazdora prezent.

Zawsze ubieraliśmy dwie choinki – małą i dużą. Obie były ekologicznie sztuczne. Mała pamiętała jeszcze czasy mitycznej dla mnie prababki znanej tylko z opowieści miłośniczki ordnungu i niezłomnych, twardych zasad. Na pewno nie pozwoliłaby na zbijanie przeze mnie co roku największej bombki. A tak od dziecka dostawałem od dziadka Zygmunta jedną bombkę, którą mogłem bez ryzyka awantury rozbić w drobny mak. Strzelałem nią gola w kaloryfer ku uciesze dziadka, a zgrozie mojej matki i babci.

Mała choinka stała sobie ładnie ubrana w kolorowe bombki i watę na stole, kiedy przyszedł do mnie Buła z Jabłuszkiem. Przyszli w odwiedziny, czyli coś podjeść na boku. A że moja matka akurat wyszła, to spróbowaliśmy zapalić papierosa. I tak od tego spróbowania choinka ku naszemu przerażeniu stanęła w płomieniach. Zdjąłem ją ze stołu i jakiś czas tańczyłem z rozwartą szczęką, zahipnotyzowany strachem.  Wlepiałem swoje wybałuszone gały w ten gorejący krzak, jakby zaraz miał do mnie przemówić. A Buła z Jabłuszkiem ganiali wokół mnie, aż któryś wpadł na pomysł żeby gasić pożar wodą. I udało się. Nic prócz choinki nie spłonęło, a my spoceni jak po Wułefie z Czuchrajem dyszeliśmy ze zmęczenia.

No i żeby się nie wydało wywaliliśmy historyczną choinkę do śmietnika, a z dużej ucięliśmy jedną gałąź, którą przerobiliśmy szybko na małe drzewko. W ekspresowym tempie uprzątnęliśmy pogorzelisko. Na te porządki wszedł z lekka zawiany mój własny ojciec chrzestny, który  wciągał woń spalenizny i się bardzo dziwił, co to ta moja matka przypaliła.  Z choinką nikt nie zauważył różnicy, tylko ojciec coś wspomniał, że ta choinka babci jakoś się postarzała i wyliniała.

Ordnung został utrzymany, a Gwiazdor przywalił mi tylko kilka razy w tyłek rózgą, ale tylko prewencyjnie. Bo tak, to byłem grzeczny.

Chyba, że nikt nie widział.

sobota, 20 listopada 2010
Jak ludzie z autobusów wypadali

Wraz ze zmianą systemu do mojego domu zawitały kolory, co prawda telewizor był radziecki, (choć ojciec mój na każdym kroku podkreślał, że podzespoły są koreańskie!!!), a nazywał się Wjesna. Adekwatnie do wniesionej świeżości i odnowy. Okazało się, że piłkarze mają kolorowe koszulki, a trawa jest zielona. I pierwsze mistrzostwa świata oglądane w kolorze były niesłychanym szokiem dla odwykłych od oglądania barw oczu.

I tak powoli świat wychodził z szarzyzny. Na Śródce stragany mieniły się całą gamą barw egzotycznych owoców, kolorowych słodyczy oraz kaset magnetofonowych. Ludzie kąpali się w wolności, którą zapoczątkowało zniesienie prohibicji godziny trzynastej, a na ulicach pojawiło się więcej samochodów. Tak przynajmniej wynikało z moich mozolnych obliczeń. Bo w czasie największej nudy lubiłem siadać sobie na balkonie i liczyć przejeżdżające pojazdy. Czasem tą żmudną matematykę przerywały krowy, które wychodziły na naszą ulicę i wywoływały zgrozę wśród oszołomionych kierowców. Bo my, choć żyliśmy blisko centrum miasta, mieliśmy swojego prawdziwego Bambra. I kiedy godzina trzynasta przestała być przeszkodą w gaszeniu pragnienia, siadywał on z resztą naszej penerskiej ferajny na piwie w barze mlecznym, który nosił dumną nazwę - Dobrawa. A dzieciaki z naszej okolicy lubiły mu dokuczać i często pomagały krowom się wydostać poza ogrodzenie. I tak, kiedy Bamber pił razem z Okulokiem, Dziuchą, Tamarą, Szprychą, Genasem i Kozłem, krowy przechadzały się po naszej ulicy, a przerażeni kierowcy próbowali przeganiać je w kierunku naszej świętej rzeki - Warty. W tym czasie hordy dzieciaków kradły Bambrowi słoneczniki i robiły zawody w pluciu łuskami.

Kiedy tak siedziałem i wyzbyty nadziei na jakąkolwiek rozrywkę liczyłem małe fiaty, na przystanek przed moim blokiem wjechał autobus, z którego wypadł pijany sąsiad - Genas. W zasadzie nie było to nic nadzwyczajnego i nowego, bo z autobusów często ktoś wypadał, szczególnie po zniesieniu godziny trzynastej. Jednak Genas, który zaraz po wypadnięciu z autobusu zasnął w kwietniku był ojcem Nigerii – mojej pierwszej, platonicznej miłości. Była to smukła, czarnowłosa i małomówna dziewczyna. Jej cygańska uroda zapierała mi dech w piersi, podobnie jak Bule i Ajzolowi. Nigeria, jako córka Genasa i Szprychy miała wesoło, bo rodzice lubili się bawić i mnóstwo czasu spędzali poza domem. Ta zabawa doprowadziła pewnego razu Genasa do nieprzyjemnych halucynacji, kiedy to na jego oczach kolejne liście wypuszczał doniczkowy fikus. Kwiatek przypłacił to wyrzuceniem przez okno z trzeciego piętra, ale na jego miejscu pojawiły się białe myszki i koń na suficie. Teraz Genas spał wypadnięty z autobusu w kwietniku, a na balkonach pojawiało się coraz więcej zainteresowanych tą sceną ludzi, bo nic przecież nie cieszy bardziej niż upadek drugiego człowieka. Szczególnie kiedy jest sąsiadem.

Cały blok miał kino, co prawda dosyć nudne i statyczne. Do mnie dołączył Buła, który znudzony pochłaniał resztki obiadu i Jabłuszko próbujący strzelać do Genasa z procy. Przyszedł też do nas Ajzol, który zawinął jak zwykle oczami w geście zażenowania i wygłosił monolog o nizinach społecznych i chorobie alkoholowej. W końcu po Genasa poszła chwiejnym krokiem jego żona Szprycha i kiedy szarpała mężem, ten puścił na nią pawia. Cały blok westchnął i skrzywił się przymykając oczy. Moja matka pospiesznie weszła do mieszkania, a kiedy wróciła dała nam pieniądze na prawdziwe kino i była mocno z siebie zadowolona, że odwróciła naszą uwagę od tej demoralizującej sceny.

A my szczęśliwi udaliśmy się do kina Malta, gdzie akurat grali Lody na patyku VIII i jakoś chyłkiem udało nam się wejść, bo bileterką była mama Biedrony i często przymykała oko na nasz wiek.

Tak zanurzyliśmy się w prawdziwej kulturze. Z wybałuszonymi gałami, wypiekami na twarzach i rozwartymi szczękami poznawaliśmy życie, jakże odległe od przystanku z wypadającymi ludźmi.

czwartek, 18 listopada 2010
O tym jak pradziadek zmartwychwstał

Kiedy nadchodził nieubłaganie okres letnich wakacji zaczynałem się mocno niepokoić. Zawsze istniała groźba, że rodzice zechcą mnie wysłać na kolonię. A ja nienawidziłem poznawać nowych ludzi i brak Buły, Jabłuszka, Ajzola i Biedrony był dla mnie nie do wyobrażenia. Dlatego na samą wzmiankę o kolonii zaczynałem ryczeć. I szczęśliwie jakoś udawało mi się tego uniknąć. Rodzice chcieli się mnie jednak mocno pozbyć, a z pomocą przychodziła im babcia, która zabierała mnie na wojaże po wsiach, gdzie mieszkały odległe ciotki, wujkowie i bardzo dalecy kuzyni.

Wstawaliśmy z babcią wcześnie rano, często w okolicach wschodu słońca i jechaliśmy na dworzec. Podróż pociągiem, pomimo że trwała przeważnie niecałą godzinę, wydawała mi się wiecznością. Babcia zawsze miała w torbie coś do zjedzenia i picia, a żebym nie marudził kupowała mi komiksy. Najbardziej podobało mi się sikanie w pociągu i oglądanie jak siury porywa wielka i nieposkromiona siła pod wagonem. Równie ekscytujące było plucie przez okno, kiedy akurat babcia nie widziała.

I tak pewnego razu pojechaliśmy pociągiem do Opalenicy, skąd już małą parową wąskotorówką udaliśmy się do Rudnik – rodzinnej wsi babci. Wieś jak wieś – jedna ulica z domami wzdłuż i życie kulturalne skupione wokół sklepu spożywczego i szkoły, która mieściła się w starym poniemieckim dworku. Nagle zobaczyliśmy moją prababcię Weronikę, która boso biegła środkiem wsi prosto na nas.

- Co się mama dzieje?!! – pytała zdziwiona babcia.

- Ło Jezusie, Ludwiczek umarł ! Po gromnicę do ksindza trza lecieć!!! – wrzeszczała rozpłakana prababcia.

I razem poszliśmy po tę gromnicę, a ja byłem przerażony, bo pradziadek Ludwik był naprawdę świetny i bardzo się cieszyłem, że go zobaczę. Miał krótkiego, śmiesznego wąsa i hipnotyzował mnie swoimi opowieściami, szczególnie o rzucanych przez sąsiadkę - Starą Poznańską urokach i czarach. Babcia Weronika była kobietą bardziej surową, która pomimo jaskry zawsze trafnie oceniała, kiedy ktoś źle pracował w polu, albo nieumiejętnie wieszał firany. Babcia była dowódcą na linii frontu życia. Dowódcą przygotowanym na ostateczność z gotowym od dziesięciu lat pogrzebowym zestawem ubrania.

Poszliśmy z gromnicą do domu. Babcia zasłoniła zasłony i zapaliła świecę obok głowy dziadka, który  bardzo lubił sobie podrzemać w dzień, a teraz zasnął na zawsze. Klęknęliśmy i wszyscy zapłakani modliliśmy się. Ja na Pana Boga byłem wściekły i z tej wściekłości ryczałem jak bóbr. I tak zapatrzeni na swój płacz tkwiliśmy. Nikt nie zauważył, że dziadek ma na wpół otwarte oczy, a pod wąsem rysował się szyderczy uśmieszek. A kiedy napotkał mój wzrok wybałuszyłem w szoku gały, a szczęka opadła mi na pierś.

- Kto umarł? – spytał  spokojnie pradziadek.

- Oj Ludwiczku!!! Mój Ludwiczek!! – lamentowała prababcia.

- Mama on przeca żyje!!! – krzyczała moja babcia.

I tak dziadek szybko zmartwychwstał. A ja nie mogłem się doczekać wrześniowej rozprawki o wakacjach, której szczerze, jako element antykolonijny nie znosiłem.  Bo co jak co, ale przy zmartwychwstaniu to pewnie nikt z klasy nie był.

piątek, 12 listopada 2010
Wychowanie

Naszą wychowawczynią była pani Mleczarek – niska, okrągła kobieta, która na lekcjach w pełnym skupieniu liczyła sobie włosy na głowie i śliniła kredę. Poza wychowawstwem uczyła nas najmniej rozumianego przez nas przedmiotu – fizyki. Wzory i dziwne hieroglificzne rysunki były dla nas jak czarna magia i jedynie eksperyment ze spadającym czasem na głowę ucznia dziennikiem był dla nas jasny, bo wszystko spada, a szczególnie, kiedy nie uważasz. Pani Mleczarek przeprowadziła jeszcze jedno doświadczenie z maszyną elektrostatyczną i to było fajne, co prawda nic z tego nie kumaliśmy, ale przynajmniej przykuło to naszą uwagę. Często zdarzało się, że z powodu naszej intelektualnej indolencji zamiast lekcji wychowawczej pani robiła nam darmową lekcję wyrównawczą z fizyki, co i tak nic nie dawało.  Kiedy mocno nabroiliśmy i lekcja wychowawcza była nieunikniona, pani Mleczarek przyjmowała to jak wyrok na nauce.

Pewnego zimowego dnia, kiedy jakimś cudem spadł śnieg, wybiegliśmy zdziczali na przerwę. Obrzucaliśmy się śnieżkami i było fajnie, aż ktoś wpadł na pomysł, żeby natrzeć śniegiem Olejną. No i z pozoru niewinna zabawa zmieniła się w samosąd, bo Olejna kolaborowała z wrogiem ze starszej klasy. Śnieg miała wszędzie, a nacierał ją każdy i wyglądało to jak zbiorowe, śnieżne kamieniowanie. Na szczęście moje i Buły nie rozpoznała nas, jako napastników. Za to Biedrona, Jabłuszko, Koza, a nawet Ajzol zostali wystawieni na środek na specjalnym apelu. Pani dyrektor Mrówa przedstawiła ich, jako element zdemoralizowany i godny potępienia. Cała szkoła buczała, a Jabłuszko ze zwieszoną głową i palcem w nosie szukał rozbieganym wzrokiem wsparcia. Biedrona z zażenowaną miną czerwieniła się na przemian i bladła, a Ajzol szukał intelektualnego usprawiedliwienia swojego czynu. Seans nienawiści się skończył, a pani Mleczarek zamiast fizyki musiała zrobić prawdziwą lekcję wychowawczą i wytłumaczyć, dlaczego nie można wkładać innym śniegu za kołnierz i w majtki. Olejna dostała szczęśliwie zapalenia płuc, przez co miała dodatkowe wakacje i niektórzy jej mocno tego zazdrościli.

I mi zdarzył się dodatkowy, wolny dzień, kiedy dostałem kamieniem owiniętym w śnieżkę w oko. Nic się specjalnie nie stało, ale mieliśmy kolejny powód do bójek i przepychanek. Zrobiło się nerwowo i kiedy pewnego dnia zbiegałem po schodach ktoś od tyłu trzepnął mnie w głowę. Obróciłem się z przekleństwem na ustach i nagle przerażony zdałem sobie sprawę, że dostałem w łeb dziennikiem od pani Światłej, która uczyła nas techniki. Nauczycielka sprawiała na każdej lekcji wrażenie nie do końca trzeźwej i jakoś nigdy nie zauważyła, że prace domowe, które przynosiliśmy do szkoły zrobili przeważnie dziadkowie, ojcowie albo wujkowie. Na moje szczęście dzień wcześniej Światła przegrała z klasą zakład, o to jak się pisze „Osiedle Jagiellońskie”. Pani twierdziła i upierała się przy tym, że przez jedno „l”. Triumfowaliśmy nad nią, a Ajzol nie omieszkał obrzucić jej kpiącym, pełnym wyższości spojrzeniem. Powiedziała, że nakabluje mojej wychowawczyni jaki to mam stosunek do ciał pedagogicznych i spokojnie sobie poszła – żadnej nagany, żadnego apelu z wrzeszczącą pod niebiosa Mrówą.

No i byłem tylko na forum klasy przedstawiony, jako czynnik antynaukowy, który swoim wrednym zachowaniem zniweczył plany zrealizowania dodatkowej lekcji fizyki. Biedrona była ze mnie dumna i puściła do mnie oko. Jabłuszko szykował się do wycelowania smarkiem w Ajzola, a Buła ze spokojem żuł swoją drożdżówkę. I wszyscy byli szczęśliwi, że mogą być wychowywani, a nie uczeni rzeczy, których nie są w stanie zrozumieć.

czwartek, 11 listopada 2010
Wojna polsko-polska z legendą o chochli

W czasach, kiedy na podwórku dominowała gra w dunie i wyścig pokoju, na tyłach w piaskownicy (czyli każdej formie wysypanego piachu) królowała gra w noża. Matki traciły bezpowrotnie sztućce z kuchennych szuflad, a dzieciaki paradowały z białą bronią niczym członkowie gangów znanych z amerykańskich filmów.

Przybywało lekko rannych w tej podwórkowej zabawie, chociaż akurat Jabłuszko swojej siostrze zrobił dziurę w głowie metalową rzutką. Dopiero po długiej perswazji przekonaliśmy ją, żeby powiedziała rodzicom, że zrobił to Ciesioł – taki młodszy od nas dzieciak, którego babcia zagłuszała nas swoim basem, kiedy wołała go na posiłki do domu. Ciesioł nie zgłaszał sprzeciwu, bo nic złego nie mogło go ze strony babci spotkać. I tak piaskownica stawała się świadkiem krwawień i płaczu, a z okien i balkonów, na których siedziały sąsiadki opierające łokcie na poduszkach, dobiegały do nas co chwila krzyki ostrzeżeń i gróźb donosu rodzicom.  Na mnie raz jakaś miła, starsza pani doniosła, że używam brzydkich wyrazów, szczególnie jednego na literę k. I żadne ryki nie pomogły - dostałem szlaban, choć całkowicie byłem niewinny, bo te bluźniercze słowa wyrzucał z siebie mój kuzyn Aju.

Piaskownica była również miejscem starć między zwaśnionymi grupami. Kiedyś Jabłuszko dostał w twarz od Pierzoka i prawie zadławił się jabłkiem, a wszystko przez to, że nabijaliśmy się z jego łysej siostry. Ona naprawdę była łysa, a my jakoś mało tolerancyjni. Jednak Pierzok nie mógł tego przeżyć, że mamy niezły ubaw i dochodziło regularnie do bójek. Pewnego dnia, kiedy razem z Bułą, Jabłuszkiem, Dymem i Krzychem wracaliśmy z Małpiego Gaju zaatakowała nas wataha Pierzoka.  I już prawie skończyło się na obopólnych wyzwiskach, kiedy ja dostrzegłem na ziemi metalową chochlę. Zakręciłem nią nad głową i wypuściłem, niczym gołębia pokoju w powietrze. Chochla leciała i kręciła się wokół własnej osi, a cel tego pocisku patrzył w nią jak zahipnotyzowany do samego końca. Był to Kiki – chłopak o białych włosach i kitką z tyłu. Chochla trafiła go w czubek głowy i znokautowała, a jego białe jak śnieg włosy pokryły się czerwienią.

I wtedy zdałem sobie sprawę, co takiego zrobiłem. Kiki był synem Dziuchy – największej penery na naszym osiedlu. Niska, wysuszona przez papierosy kobieta o męskim, ostrym głosie przewijała się w najbardziej drastycznych opowiadaniach z piaskownicy. Jedno z nich mówiło, o dziecku utopionym w toalecie, za co Dziucha miała odsiadywać wyrok w więzieniu.

Byłem przerażony i nie wiedziałem, co robić, a sam Ciesioł nie chciał się zgodzić, żeby na niego winę zwalić. Po kilku godzinach krążenia wokół bloków poszedłem do domu. Tam czekała już na mnie wściekła mama z psią smyczą w ręce. Próbowałem winę zrzucić na Ciesioła, ale okazało się, że Dziucha już u nas była, żeby swoim męskim trzeszczącym głosem donieść na mnie i poinformować o liczbie szwów na głowie Kikiego.

- Wiesz, że to element przestępczy??!! – krzyczała na mnie mama.

- Ja nie chciałem – zacząłem ryczeć – Mógł się odsunąć.

Tłumaczenia nic nie dały i dostałem smyczą na tyłek, co było kompromisem osiągniętym z Dziuchą przez moją matkę. I kamień spadł mi z serca, a chochla przeszła na dobre do rodzinno-osiedlowej legendy.

 

wtorek, 09 listopada 2010
Jak Okulok psa za flaszkę zabił

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie było komputerów i internetu, a telewizja pomimo dwóch kanałów spełniała misję, wszystkie dzieciaki bawiły się na podwórku. Królował Wyścig Pokoju, a za kolarzy robiły kapsle napełnione woskiem z przylepionymi, własnoręcznie narysowanymi flagami. Czym się dało rysowaliśmy trasy wyścigów na ulicy i rozpierzchaliśmy się, kiedy nadjeżdżał samochód (a było to wtedy znaczne wydarzenie).

Graliśmy też w dunie – szklane kulki, które pstrykaliśmy do wydłubanych w chodniku dołków. Grali wszyscy – przegrani płakali i odchodzili bez swoich kulek obrażeni do domu, a pani w kiosku zacierała ręce, bo interes duniowy kwitł. To była dopiero afera hazardowa z udziałem dzieci!!!! Graliśmy też metalowymi kulkami, które przynosił nam z łożysk tocznych mój dziadek, albo koralikami. Buła był bardzo zaradnym graczem, który ogrywał młodszych i słabszych bez cienia litości. Ja i Jabłuszko graliśmy razem honorowo – dla sportu, żeby się nie pokłócić.

W naszych blokach były łączone, wspólne balkony, które prowadziły z jednej klatki schodowej do drugiej. I tak przebiegaliśmy po tych balkonach strasząc i denerwując psy i sąsiadów.

I często dopadła nas czyjaś laska, a czasem czyjeś kły. Najgorszym psem była Diana – wielki i dziki Bernardyn. Właściciele rzadko z tym psem wychodzili na dłuższe spacery, bo zajmował ich skutecznie problem alkoholowy. Wielki, włochaty pies dziczał w czterech ścianach, nigdy nie spuszczany ze smyczy. I kiedy Buła przebiegał obok niej ze strachem w oczach i kawałkiem kanapki w ustach, rzuciła się na niego. Pewnie z głodu, bo wyrwała mu kłami resztki jedzenia i pomrukiwaniem dawała znać, że jak skończy, to zeżre Bułę. Jabłuszko wyciągnął własnoręcznie zrobioną procę i wystrzelił w psa metalową kulkę. Diana stanęła dęba i zawyła, a pijana właścicielka Tamara wypadła z mieszkania na balkon wprost na Bułę.  Była to na pierwszy rzut oka kobieta mocno podstarzała, poorana zmarszczkami, z wielkimi worami pod oczyma.  Ubrana była tylko w brudny już dawno nie zmieniany, rozpięty szlafrok. Wtedy pierwszy raz zobaczyliśmy nagą kobiecą pierś. Co prawda była to pierś pijana i mocno pomięta, ale zawsze. Wybałuszyliśmy gały i cofnęliśmy w zdziwieniu dolne szczęki. Pijana sąsiadka kopnęła psa w brzuch i wtargała za łeb do mieszkania. A my już denerwowaliśmy kejtra pana Dudy, który czubkiem swojej laski dosięgnął pleców Jabłuszka.

Duda był dozorcą w naszym bloku i musiał się ciągle z nami użerać. Zimą robiliśmy ślizgawki na chodniku i ledwo co jedną zdążył zasypać piaskiem, my już tworzyliśmy nową. Ledwo co dozorca zamazał rysunki na klatce, to my malowaliśmy kredą, albo kredkami nowe.

Najlepsza była jednak zabawa w wojnę, potęgowana częstym oglądaniem Czterech Pancernych. Chodziliśmy z Bułą, Jabłuszkiem i Ajzolem do Małpiego Gaju, gdzie włóczyliśmy się po bunkrach i wykopywaliśmy łuski i kule z wojskowej strzelnicy. I jedynie mój kuzyn Aju zaburzał mi komfort zabawy, kiedy później kablował na mnie rodzicom. Bo niby to ja go na wszystko namawiałem, a przecież nawet nie szedł z nami, tylko z inną bandą z naszego osiedla.

Bawiliśmy się, że w tych bunkrach do dzisiaj siedzą Niemcy, bo nikt im nie powiedział, że wojna się skończyła. Jedynie Ajzol się wymądrzał, że to niemożliwe i dał nam wykład z długości życia niemieckiego żołnierza. Kiedyś usłyszeliśmy jakieś dziwne dźwięki. Ze zjeżonymi włosami i wybałuszonymi gałami dostrzegliśmy w mroku złowrogą postać. Z bunkra wyszedł okrwawiony, pijany Okulok (nasz miejscowy, swojski pener-żul).  Okulok był człowiekiem z żelaza. Jako jedyny z grupy naszych meneli przeżył alkohol metylowy i nawet wzroku nie stracił. Legenda osiedlowa głosiła, że w jego żyłach płynie kwas solny zamiast krwi. Wyszedł zakrwawiony popijając z już prawie pustej butelki. Kiedy zauważył nas krzyknął coś, ale my już tego nie słyszeliśmy, tylko ile sił w nogach gnaliśmy brzegiem Warty do domu. Rozdzieliliśmy się bez słowa, bo każdy już najchętniej poszedłby spać.

I kiedy wpadłem przerażony do domu od razu usiadłem grzecznie na krześle i wyciągnąłem pierwszy tom Krzyżaków. Udawałem, że czytam, ale jeszcze nie mogłem złapać tchu, a nogi i ręce mi się trzęsły. Mama wiedziała, że musiałem mocno coś przeskrobać, bo zawsze siadałem w takich chwilach do Krzyżaków, których po dziś dzień nie dałem rady przeczytać.

  • No, co nabroiłeś? - spytała – Przyznaj się lepiej.

  • Nie, nic nie zrobiłem – odpowiedziałem.

  • A wiesz? Nie ma już Diany. Te ochleje zapłaciły komuś, żeby ją wziął. Boże, co za ludzie.....

I tak okazało się, że Okulok nie zabił w bunkrze żadnego Niemca, tylko psa. Później  dowiedzieliśmy się, że ceną za komfort nie wychodzenia z domu i dalszego popadania w odmęty alkoholizmu była flaszka wódki. A my już nigdy nie poszliśmy do tego bunkra.....

środa, 03 listopada 2010
Linia demarkacyjna

Granice mojego świata wyznaczały niezgrabne napisy na murach: "Zawady Pany", "Główna Pany", "Śródka Pany", "Warszawskie Pany", "Chwaliszewo Pany", w zasadzie, co dzielnica to Pany. Udzielenie odpowiedzi na pytanie o adres zamieszkania kończyło się często honorową solówką (jeden na jeden) do pierwszej krwi. Żeby się w miarę sprawnie po Poznaniu poruszać, jako dziecko musiałem znać wszelkie przyjaźnie i animozje łączące moich swojskich penerów z całą resztą.

Zupełnie nowa linia podziału ukazała się moim oczom, kiedy ojciec kupił radiomagnetofon Hania. Okazało się, że wraz z pierwszą kupioną kasetą musiałem się określić. Na moim podwórku i w szkole zaczynała się wojna gustów między Metalami a Depeszami. Wybór był dla mnie trudny, choć oczywisty. Moja klasa składała się głównie z Depeszów, a najbardziej nielubiana klasa z Metali. Więc chcąc, czy nie chcąc zostałem Depeszem, który po kryjomu, aby wzmocnić swoją nienawiść do wroga słuchał AC/DC i Deep Purple.

Z początku konflikt kończył się na krzywych spojrzeniach, kpinach i przezwiskach. Jednak pewnego dnia polała się krew. Kiedy wracaliśmy ze szkoły nagle Jabłuszko oberwał prosto w nos od Pierzoka – przywódcy metali ze starszej klasy. Bo Jabłuszko ciągnął za warkocz Olejną i dech mu zapierało na jej widok, a właśnie Pierzok został jej pierwszym w życiu chłopakiem. To wywołało wojnę. Okazało się, że zarówno mój ojciec jak i ojciec Jabłuszka też naparzali się z ojcem Pierzoka. To samo nasi dziadkowie. Wojna z Pierzokami przechodzi z pokolenia na pokolenie, tak samo jak przyjaźń z Jabłuszkami i Bułami.

W odwecie Zaraza popsikał gazem łzawiącym pod klasą Pierzoka. Potem znowu tamci wzięli odwet na Bule wyrzucając mu śniadanie. Nawet Ajzol dostał w zęby. Nienawidziliśmy ich, a Olejna została wyłączona z grupy za kolaborację z wrogiem. Napięcie wzrastało i zrobili nam lekcję wychowawczą, na której mieliśmy sobie wszystko wyjaśnić.

- Oni nie chcą tańczyć do naszej muzyki – powiedzieli Metale.

- Oni nie chcą tańczyć do naszej muzyki – powiedzieliśmy my – Depesze.

- A ten tam powiedział, że moja siostra jest łysa – wskazał na mnie Pierzok.

- Bo ona jest przecież łysa – odpowiedziałem zdziwiony.

- Nie, ona nie jest łysa, ma przecież krótkiego jeżyka!!!!! – krzyczał Pierzok.

Lekcja nic nie dała. Nadal się biliśmy i uciekaliśmy przed sobą. Nie chwaląc się przywaliłem w pysk Pierzokowi, kiedy obraził Biedronę. Potem musiałem uciekać sprintem do domu. Było to bardziej męczące niż rozgrzewki Czuchraja na Wułefie. Więc pewnego dnia postanowiliśmy nasłać na Pierzoka Najwiekszego Penera w naszej szkole.

Największy Pener w szkole siedział już trzeci rok w siódmej klasie i zasłynął między innymi tym, że włożył rękę pod spódniczkę pani Mager (tej od niemieckiego). Zrzuciliśmy się na paczkę papierosów, które kupiliśmy w pobliskim warzywniaku i wysłaliśmy najodważniejszego, małego Psika, żeby wręczył łapówkę.

Największy Pener w szkole łapówkę z zadowoleniem przyjął i od razu zabrał się do pracy. Podszedł na środku boiska do jedzącego śniadanie Pierzoka i kopnął go w szczękę. Pierzok wybałuszył gały, a kawałek chleba utkwił w tchawicy. Więc Największy Pener w szkole musiał mu poprawić ratunkowym kopnięciem w plecy.

To było zakończenie tego konfliktu. Reszta Metali nagle dostrzegła, że oni są też trochę Depeszami, a my trochę Metalami.

I tak byłem walczącym Depeszem, dopóki na pielgrzymce do Dąbrówki Kościelnej nie kupiłem swojej pierwszej punkowej kasety!!!!!

wtorek, 02 listopada 2010
Wojna o krzyż, czyli pierwsza łapówka

Wraz z językiem niemieckim dostaliśmy od nowego roku szkolnego lekcje religii. Wcześniej razem z Jabłuszkiem, Bułą, Biedroną i Blachą chodziliśmy do salki przy poznańskiej Katedrze.

I było fajnie. Szliśmy przez most kolejowy nad Cybiną, a w zasadzie pod mostem. Paliliśmy papierosy (bez zaciągania się!!!), które Jabłuszko wykradał ojcu, rzucaliśmy kamieniami w przejeżdżające pociągi i w pływających rzeką kajakarzy.

Najgorsze w religii na salce była obecność mojego kuzyna Aju, który co jakiś czas wyzywał zakonnicę od „stalej tulwy”, a księdza od „stalego pedala”. Dłubał też ciągle tymi dwoma paluchami – jednym w nosie, a drugim w buzi, co doprowadzało mnie do granic rozpaczy i wstydu.

Lekcje religii w szkole, choć mieliśmy je z tym samym księdzem straciły dawny koloryt. Przy okazji okazało się, co było dla mnie wielkim szokiem, że część moich kolegów na religię nie chodzi. Atmosfera była napięta i zewsząd było słychać, że wieszają wszędzie krzyże i jedni mówili, że dobrze, a drudzy, że źle. I tylko my z Bułą, Jabłuszkiem, Biedroną i Blachą tęskniliśmy do naszych wędrówek nad Cybiną, papierosów i kamieni.

Pewnej niedzieli po Teleranku mieli puszczać jakiś fantastyczny film, ale rodzice kazali mi iść na mszę świętą. Wściekłem się nie na żarty i oczywiście ryczałem głośno. Nic to nie dało (pewnie chcieli w domu sami zostać). Postanowiłem pójść z tej mszy na wagary, żeby im na złość zrobić. Jabłuszko i Buła, którzy byli ministrantami mieli mi potem opowiedzieć dokładnie, co było, bo mama przeważnie mnie odpytywała. Obiecałem, że dam im w szkole po drożdżówce i przed naszym pięknym gotyckim kościółkiem Świętej Małgorzaty skręciłem w kierunku Cybiny. A tam nad rzeką, pośród zielonych traw, w miejscu z widokiem na Katedrę siedziała Biedrona z Blachą, które również dały dyla z kościoła.

I wtedy właśnie pierwszy raz w życiu Biedrona i Blacha pocałowały mnie po dorosłemu w usta. Dech mi zaparło i trzęsły się ręce, a kolor twarzy zmieniałem jak kameleon. To był początek mojej nieuchronnej dechrystianizacji.

Kiedy opowiedziałem o wagarach moim przyjaciołom ministrantom, ci się na mnie obrazili i wściekli. Było im żal, że się dobrze bawiłem, kiedy oni służyli do mszy. Za relację z kościoła zażądali codziennej porcji drożdżówek i nieźle musiałem się napocić żeby dziadka, od którego wychodziłem do szkoły naciągnąć na takie śniadanie.

I tak już to wyglądało, że kiedy niedziela była słoneczna uciekałem z dziewczynami nad rzekę i musiałem kombinować łapówkę dla Buły i Jabłuszka. Było tak, do czasu, kiedy Buła został w kościele sam na sam z kluczem do skrzynki pełnej kopert z pieniędzmi.

Od tamtej pory mieliśmy na siebie nawzajem haki, bo Buła nie wytrzymał długo i musiał się nam zwierzyć. W ramach pokuty zabrał nas na desery hiszpańskie do Kociaka, a potem do budki z hamburgerami, gdzie napojeni i syci poznaliśmy tajniki jednego z najcięższych grzechów. Jabłuszko nie krył oburzenia, ale Biedrona szybko zagłuszyła w nim wszelkie wyrzuty sumienia.

Żeby w razie istnienia piekła nie mieć tak do końca przerąbane, szliśmy raz w roku na pielgrzymkę do Dąbrówki Kościelnej. Po czterdziestokilometrowym marszu czuliśmy się oczyszczeni i szczęśliwi, że rodzice napiszą nam na następny dzień zwolnienie z lekcji wychowania fizycznego i ominie nas jakże potrzebna w życiu rozgrzewka.

poniedziałek, 01 listopada 2010
Dzikie kondominium

Język rosyjski przeszedł jakoś cicho i niezauważenie do przeszłości - pożegnany definitywnie kamieniami rzucanymi w pociągi wojskowe jadące na wschód. W szkole pani dyrektor Mrówa przypięła sobie plakietkę „Solidarność” do klapy żakietu i zakończyła z łezką w oku żywot naszego patrona - Aleksandra Zawadzkiego.

Teraz mieliśmy zakuwać język niegdysiejszego wroga z zachodu – niemiecki. Do sali zamiast swojej rosyjskiej – skromnej, cichej, strachliwej i szarej - odpowiedniczki wkroczyło prawdziwe ciało pedagogiczne. Najpierw weszły długie nogi, potem kształtne piersi i pośladki ukryte pod krótką spódniczką. Na końcu do sali zawitała młoda, świeża twarz anioła z zielonymi oczami i blond włosami – jak z kolorowego czasopisma.

W ustach zabrakło nam śliny i wybałuszyliśmy ile sił gały. Buła przestał jeść, a z otwartej paszczy na ławkę wypadały z wolna kawałki drożdżówki. Jabłuszko zamarł ze smarkiem na linijce i cofniętą w zdziwieniu dolną szczęką. Ajzol zaczął się nienaturalnie prężyć. I tylko dziewczyny się skrzywiły zażenowane - zaczęły szeptać sobie do uszu gotowe kalumnie na temat tej fantastycznej pani.

Jednak razem z tym idealnym ciałem przyszedł do sali chłód, który ujawnił się już po pierwszej lekcji. Pały gęsto usiały nasze dzienniczki. Nic nie wersztejaliśmy, a jeszcze gorzej było ze szprechaniem i już ktoś chciał napisać na tablicy kolejną datę do pomszczenia, gdy nagle pani Mager coś się stało. Prowadząc lekcję usiadła na poręczy krzesła i kiwała się w przód i w tył. Tę konną jazdę zauważyliśmy po krótkiej chwili. Wpatrzyliśmy się w Mager jak w święty obrazek – oto ona ujeżdżała konia, a każdy z nas chciał być siodłem. I znowu gały dotykały szkieł u tych, którzy nosili okulary. Buła zastygł z otwartą buzią i resztki śniadania plamiły mu zeszyt. Jabłuszko szukał rozbieganymi oczami potwierdzenia, że nie stał sie ofiarą halucynacji. Buda przestał dodawać na swoim zegarku z kalkulatorem, a Biedrona wymieniała zawistne spojrzenia z Olejną, Rudą i Blachą. Dziewczyny były na nas złe.

Na przerwie dowiedzieliśmy się od starszej klasy, że Mager ujeżdżała u nich narożnik biurka. Klasa się podzieliła. Część zakochała się w pani Mager na nowo, a część – szczególnie kobieca - znienawidziła ją jeszcze bardziej. Biedrona i Ruda kazały mi nienawidzić i zagroziły, że jeśli będę się ślinił na widok Mager , to nici ze spisywania lekcji i podpowiadania na kartkówkach. Nie miałem wyboru, ale żeby było mi łatwiej rozpalić ogień nienawiści, jeszcze obejrzałem powtórkę Czterech Pancernych i Stawki większej niż życie.

Mój kuzyn Aju, który na szczęście chodził do innej klasy, z powodu pani Mager został w międzyczasie przeniesiony do szkoły specjalnej, bo kiedy w trakcie lekcji zwróciła mu uwagę, żeby wyraźniej się wypowiadał powiedział do niej:

- Speldalaj ty stala tulwo!!!!

No i Aju przegiął. Rada pedagogiczna orzekła definitywnie, że to na pewno świadczy o pełnej niepełnosprawności umysłowej mojego kuzyna, bo przecież pani Mager była młoda – świeżo po studiach. I tak przez szczęście, które mnie spotkało, bo kuzyna bardzo nie znosiłem, zacząłem o pani Mager coraz częściej  potajemnie myśleć.

A było to w przededniu pierwszej nocnej polucji, kiedy siedziałem sam w łazience i przed moimi oczami stanęła ona ujeżdżająca pomoce pedagogiczne. Poczułem dziwne mrowienie w siusiaku, co było bardzo przyjemne i kiedy tak odkrywałem nowe cielesne zjawisko, drzwi od łazienki otworzyły się z hukiem. Stałem tak trzymając w ręce siusiaka i patrzyłem przerażony, na równie zszokowane miny moich rodziców. Matce włosy stanęły dęba i gały wisiały na resztce tkanek, a ojcu na podłogę wypadła sztuczna szczęka.

- Sybko zacyna – wyseplenił.

I tak już do końca oficjalnie nienawidziłem germanistki, a skrycie o niej marzyłem. I było tak, dopóki Biedrona z Blachą nie wyleczyły mnie którejś niedzieli na pikniku nad Wartą....

Idą!!! Idą komuniści!!!

Pewnego razu Ajzol oznajmił wszystkim, że wkrótce zostaniemy komunistami. Poczułem bunt, bo niespecjalnie chciałem gdziekolwiek należeć. Najpierw ryczałem, kiedy ksiądz zaproponował żebym został ministrantem. Potem udanie nie wstąpiłem do harcerstwa i na szczęście wykręciłem się od pójścia na przesłuchanie do Poznańskich Słowików.

Okazało się jednak, że nie wstępujemy do partii tylko będziemy mieli pierwszą komunię. I w dodatku pachnie to otrzymaniem super prezentu w postaci elektronicznego zegarka z melodyjkami!

A więc przygotowywaliśmy się razem z Bułą i Jabłuszkiem, którzy byli ministrantami i mieli z tego powodu szerszy dostęp do wiedzy tajemnej. Na nieszczęście razem ze mną w grupie wylądował mój kuzyn Aju. Mieliśmy takie same nazwiska i siedzieliśmy obok siebie na tych wszystkich próbach. Aju, kiedy był jeszcze noworodkiem wypadł z wózka na głowę, przez co był z lekka cofnięty. Nie znosiłem go. I to nie dlatego, że był ciut upośledzony – on tylko mówił niewyraźnie. Aju wykorzystywał swoje cofnięcie i cokolwiek nie zbroił zawsze zganiał na mnie. Mi się obrywało, bo niby ja zawsze go namawiałem. Aju wypalił papierosa – moja wina. Aju rzucał kamieniami w pociąg Berlin-Moskwa – moja wina. Aju uciekł z lekcji – moja wina. Aju łaził po drzewie i nie mógł zejść – moja wina. A teraz siedział obok mnie na próbach i dłubał sobie jednym paluchem w nosie, a drugim w buzi i co jakiś czas dokonywał zamiany. Mi na ten widok gały wychodziły i dech w piersi zapierało. Nawet Jabłuszko ze swoją smarkową amunicją wymiękał przy Aju, a Buła od razu tracił apetyt, kiedy na niego patrzył. Nawet Biedrona krzywiła się i stygła.

Wreszcie doszło do ceremonii. Nie była to byle jaka Pierwsza Komunia – my mieliśmy ją w Katedrze Poznańskiej. Siedzieliśmy elegancko ubrani w garnitury, a dziewczyny w białe sukienki. Każdy miał piękną świecę z kolorowymi obrazkami. I właśnie taką świecę zaczął obgryzać Aju ku przerażeniu purpuratów, rodziny i naszym. Nie wytrzymał nerwowo całego tego czekania i żarł świecę jakby ciepłego loda z bitej śmietany wciągał. Zrobiło mi się niedobrze. Jabłuszko wybałuszył gały i otworzył usta cofając dolną wargę. Buła chyba zrobił się nagle głodny, bo łykał ślinę czerwieniejąc się. Ajzol patrzył na to z politowaniem i co było u niego stanem permanentnym – wyższością gatunkową. Biedrona z jej koleżanką Blachą kręciły z niedowierzaniem głowami. Aju zżarł całą świecę i łakomie zerkał na moją.

Nie dałem się – schowałem świecę za plecy. Ceremonia się skończyła i ruszyliśmy w objęcia wszystkich ciotek i wujków. Odbieraliśmy koperty, robili nam zdjęcia i z niecierpliwością wyczekiwaliśmy prezentu głównego.

I dostałem go w końcu – elektroniczny zegarek firmy Mezo z szesnastoma melodyjkami na metalowej bransolecie. Cud techniki.

W szkole okazało się, że prawie wszyscy mamy takie same i Ajzol był niepocieszony, że nie jest najlepszy. I tylko Buda dostał zegarek dosyć, że z melodyjkami, to jeszcze kalkulatorem. Dziewczyny też miały zegarki – wszystkie białe. Biedrona mi dała do obejrzenia, ja dałem jej. Nie obyło się bez niekontrolowanego uścisku.

Tak jak powiedział Ajzol – zostaliśmy komunistami i jeszcze przez cały tydzień musieliśmy chodzić w tych garniturach na msze.

Pewnego dnia przed mszą bawiliśmy się u Jabłuszka razem z Dymem i Krzychem w wojnę miniaturowymi żołnierzykami, które zręcznie mordowaliśmy piłeczką pingpongową.

Jabłuszko nagle dostał olśnienia i zajrzał do barku rodziców. Stała tam bardzo ładna butelka Miodu Pitnego. Pomyśleliśmy, że pewnie musi być dobre, bo niedawno oglądaliśmy przecież Kubusia Puchatka, a on ciągle tylko miodek i miodek. Jabłuszko nalał każdemu kieliszek i chlup. Okazało się, że to nie był miód, tylko czysty spirytus. Zapłakane gały chciały wyskoczyć z oczodołów, dech zamarł w naszych piersiach i Jabłuszko szybko dał nam coś do zjedzenia na zagrychę. A potem z tych wszystkich nerwów, to bardzo szybko przestało się nam kręcić w głowach.

Bycie komunistą nie było wcale takie złe. Tak wyglądał nasz pierwszy krok w kierunku dorosłości. Z zegarkiem Mezo na ręce i pierwszą komunią – zarówno tą boską, jak i tą świecką.

Gdzie jest Polska? No gdzie?!!!

Lekcję geografii mieliśmy z panem Ślimaczkiem. Był to bardzo fajny nauczyciel – lubiliśmy go szczególnie za to, że mogliśmy swobodnie po nim jeździć jak po łysej kobyle. Pan Ślimaczek miał zeza oraz jakąś zabawną wadę wzroku, która pozbawiała go zdolności widzenia tekstu pisanego ołówkiem. W ogóle miał denka jak od butelek po tanim winie. Plus 5 albo nawet plus 6 – tak fachowo ocenialiśmy. A więc pan Ślimaczek nie widział, kiedy ściągało się z kartki zapisanej ołówkiem. Przykładał taką kartkę do samego nosa i uważnie badał, po czym jakby nigdy nic oddawał ją uczniowi.

 

Pewnego razu Biedrona wpadła na pomysł, żeby mu zaparować te okulary. Sztuczną mgłę zrobiła jednym chuchnięciem. Pan Ślimaczek nałożył bryle, kiedy akurat odwrócony był w stronę okna.

- Jaka dzisiaj fatalna mgła – zamyślił się – połowa maja, południe, a tu takie zjawiska.

 

Wszyscy patrzyliśmy w osłupieniu i powstrzymywaliśmy się od niekontrolowanego wybuchu śmiechu. Buła, który pożerał drożdżówkę prawie się zachłysnął, a Jabłuszko dokonał rzeczy niemożliwej – zaklinował sobie paluch w nosie. W końcu pan Ślimaczek zauważył tą anomalię na swoich okularach i prowadził lekcję dalej.

Objaśniał nam wyżyny świata, kiedy nagle uchwycił wzrok wpatrzonej w niego Biedrony. Nie dość, że hipnotyzowała go spojrzeniem (ja sam wiem, co to spojrzenie oznacza) to jeszcze prężyła do przodu swoje świeżo dojrzałe piersi, a akurat dekolt miała zabójczy. Gały pana Ślimaczka dotknęły szkieł okularów. Alpy pokazał w Bieszczadach, a Tatry w Alpach. Nagle jakby go tchnęło, bo przerwał swój wykład i poprosił do odpowiedzi Rudą, bo jakoś zapomniał tego dnia kogoś spytać.

Ruda siedziała ze mną. Lubiłem ciągnąć ja za warkocz i miałem olbrzymi komfort ściągania i spisywania lekcji. No i Ruda nie objadała mnie ze śniadania, tak jak to miał w zwyczaju robić Buła i Biedrona, ani nie strzelała do mnie smarkami, jak robił Jabłuszko.

 

- No Ruda! Na pewno jesteś jak zwykle przygotowana – pan Ślimaczek zrobił usta w charakterystyczną trąbkę – najpierw coś dla rozgrzewki. Pokaż, gdzie leży nasza ojczyzna. Polska.

O matko, też mi pytanie – pomyślałem. Cholera, mogłem sam się do tej odpowiedzi zgłosić. Dostałem przecież na gwiazdkę globus i byłem w miarę obyty (programy Tonyego Halika zrobiły swoje). Ale Rudą jakby zamurowało. Wzięła wskaźnik i nieśmiało szukała naszego kraju na wielkiej fizycznej mapie Europy. Zaczęła szukać tuż za Uralem, na co pierwsze rzędy kiwały głowami, że nie, tam na pewno nie mieszkamy – zimno tam jak cholera.

- No Rudaaaaa!!!! Gdzie jest Polska??? – spytał już trochę poirytowany pan Ślimaczek.

- No chyba tu – powiedziała cicho i nieśmiało Ruda wskazując na sam Ural – klasa zamarła.

Już wiedziałem, że ostatni raz z nią siedziałem na geografii – nie opyla się. Wolałem już karmić Bułę, albo Biedronę (nawet, jeśli się do mnie zanadto przytula). To był szok. Ruda nie wiedziała gdzie jesteśmy. Zaraza, który do niej czuł miętę zbladł. Nie licowało to z jego poczuciem patriotyzmu (miał niby tatę milicjanta, ale Polska za Uralem? Szok!!!).

- Źle Ruda! Czy ty nie widzisz, że to Ural? Tam jest nawet napisane. Nigdy w górach nie byłaś? – pan Ślimaczek był załamany – To może pytanie z innej beczki. Co produkują w Cegielskim?

- Cegły? – spytała Ruda

Klasa zawyła. Buła napluł na plecy Ajzolowi, a Jabłuszko stracił całą amunicję smarkową, bo puścił tyradę przed siebie i zielona maź padła na plecy najładniejszej dziewczyny w naszej klasie – Olejnej. Ruda zrobiła się czerwona, bardziej czerwona niż jej włosy. Z pomocą przyszedł jej jednak Zaraza.

Miał tatę w milicji i często przynosił do szkoły różne fajne gadżety. Spojrzał ukradkiem na pana Ślimaczka i jedną ręką sięgnął po coś do plecaka. Wyciągnął, nadusił i momentalnie wszyscy zaczęliśmy płakać i się dusić.

- Otwórzcie okna!!!!! – krzyczał pan Ślimaczek – Co się dzieje??!!!!!

Wszyscy dopadliśmy do okien i kiedy kaszel minął już nikt nie pamiętał, że Ruda nie wie, gdzie jest Polska. Już nikt, a zwłaszcza pan Ślimaczek nie pamięta, że w Cegielskim miały być produkowane cegły.

Od tamtej pory z Rudą siedział Zaraza i miał już zawsze przygotowany gaz łzawiący na wypadek dziwnej odpowiedzi swojej dziewczyny. Ja przesiadłem się do Biedrony. Okupiłem to karmiąc ją drożdżówkami i pozwoliłem żeby swobodnie ocierała się udem o moje nogi, chociaż byłem dopiero w przededniu swojej pierwszej nocnej polucji i za bardzo nie wiedziałem o-so-chodzii.

I tylko mapa nie miała już dla mnie tajemnic.....

Poranny wułef

Nie ma to jak poranny Wułef. Szczególnie kiedy w szkole nie ma pryszniców. Staliśmy jeszcze trochę zaspani - Buła kończył śniadanie, Jabłuszko dłubał w nosie w poszukiwaniu amunicji, Ajzol jak zwykle się mądrzył od rana, a dziewczyny starały się układać potargane jeszcze po nocy włosy.

Wułefista - Czuchraj ubrany w niebieski obcisły dres zakomenderował:

- Dzisiaj będziemy grać w piłkę. Ale najpierw jak zwykle rozgrzewka!!!!!

Zastygliśmy w przerażeniu. Rozgrzewka nie oznaczała nic dobrego..... Ruszyliśmy biegiem w kierunku Parku Tysiąclecia, ale niestety Czuchraj nie miał litości i pogonił nas nad jezioro maltańskie. Z początku tempo było przyjemne, ale Czuchraj ciągle je podkręcał i kiedy mijaliśmy Zakłady Monopolowe oddychałem już "rękawami". Z tyłu na samym końcu telepał się Buła razem z Biedroną. Biedrona zerkała ukradkiem na Bułę, a on pełen przerażenia próbował jej uciekać. Wiedziałem co oznacza takie spojrzenie Biedrony. Na mnie tak spojrzała w zeszłym tygodniu jak w operze byliśmy z panią i skończyło się to pierwszym w życiu dotykiem krocza. Buła z czerwonymi polikami uciekał ile tchu, ale Biedrona nie dawała za wygraną. Jej koński ogon z gracją podskakiwał od lewa do prawa. Jabłuszko też już nie mógł  - wywiesił jęzor, wybałuszył gały i sapał śliniąc się jak pies. Tylko Ajzol starał się trzymać poziom - prężył się, wyginał, dyszał - twardziel (świeżo po obejrzeniu Rocky 4). Ruda z Olejną biegły z nietęgimi minami, a Zaraza z mało trzeźwym Romanem klęli pod nosem:

- Pojebany, on jest pojebany heh heh, niech sam se biegnie heh heh a mieliśmy w piłkę pograć heh heh

No i dobiegliśmy w końcu do boiska. Trochę trwało kiedy grupa była już cała. Czuchraj jeszcze zakomenderował serię "lekkich ćwiczeń" i ogłosił:

- No, mamy jeszcze 5 minut lekcji. Teraz pora na grę w piłkę!!!!!! - wyrzucił w górę futbolówkę.

No i pograliśmy. Drewniane bramki ledwo co stały. Musielismy uważać na krecie kopce, doły i psie kupy. Ajzol był zły, że wolno biegamy za piłką i mało składnych akcji przeprowadzamy. Na szczęście trafiło mi się miejsce bramce (nie chciało mi się rzucać) i przynajmniej trochę wypocząłem.

Wynik zero-zero. Czuchraj spojrzał na nas i powiedział:

- Ale jesteście słabi. Żeby przez tyle czasu bramki nie strzelić. No dobrze. Koniec lekcji, biegniemy do szkoły. Ale uwaga, jutro robimy sprawdzian na 1500!!!!!

- Ja jadę rowerem - szepnął mi do ucha Buła kiedy Biedrona machała do niego zalotnie dłonią.

- Pogięłłoooo - wydyszał Jabłuszko już dłubiąc w nosie.

- Pojebało, nie pogięło - wyrzekł mało trzeźwy Roman

I tak to wyglądało dopóki nie wymyślono zwolnienia L-4 z wułefu.

Nie ma takiej szajki jak ta

Siedzieliśmy grzecznie - jak na tamte czasy - w ławkach (no ok, ciągnąłem tą Rudą za warkocz, ale to z nudów). Buła w ostatniej ławce obżerał się ukradkiem drożdżówką, a piegowaty Jabłuszko strzelał z linijki przemienionymi w kulki smarkami. Nudy tak jak zawsze na rosyjskim. Niczewo nie paniemaju i tylko słuchaju i słuchaju i jak można ściemniaju. I w końcu przerwa  - najważniejsza w szkole część zajęć. Po przerwie okazało się, że na tablicy ktoś napisał "Cygan Cygance Cycki Pudruje", a ktoś inny dopisał "17 września 1939 pomścimy". Pani mowę odjeło. Paszła w pizdu.

I zaczęło się. Chociaż Buła spokojnie pożerał jabłko, a Jabłuszko dalej bombardował klasę smarkami, a ja ciągnąłem Rudą za warkocz jakby nigdy nic. Polityczna burza nadchodziła korytarzem. Weszła z wypiętym odwłokiem starej mrówki pani dyrektor Mrówa. Trzasnęła drzwiami i wydarła się:

- Kto?

Oczy wszystkim jak ping pongi powyłaziły z oczodołów. Cisza jak w kościele. Na karkach niedawno wyrośnięte włosy zjeżyły się, a w gardłach zalęgły się gule.

- No pytam, kto to napisał?!!! Kto śmiał?!!! Nie wyjdziecie stąd, dopóki się ktoś nie przyzna!!!

Mrówa grzmiała, robiła się na przemian to blada, to czerwona. Kręciła się wokół własnej osi wypinając swój wielki odwłok. A my nic. Cicho, spokojnie. Tylko czasem ktoś palucha zaczął nieśmiało obgryzać, albo jakieś pytające spojrzenie wymienił.

Tak to trwało kilka minut i zrobiło się naprawdę nudno. Już lepsze było to pitolenie o sabakach, zdtratwujtsach i innych daswidaniach, których było tak mnoga, że niczewo nikt nie poniał.

No i wstał Koza - chłopak odważny, choć równie głupkowaty.

- Ja napisałem, pani dyrektor - powiedział ze spuszczoną głową.

- I ja też! - rozległo się nagle. To wstał kumpel Kozy Wiza.

I tak nagle, jak fala kibiców na stadionie, wstaliśmy wszyscy. I wstałem ja z Rudą i jej warkoczem w ręce, Buła z pełną paszczą jedzenia, Jabłuszko ze świeżo przygotowanym zestawem smarków i reszta. Wstał Zaraza razem z siostrą, wstał mało trzeźwy Roman, Ala co miała tatę w SB i inni. No wszyscy wstali.

Mrówa otworzyła usta tak szeroko, że każdy mógł dostrzec, ile procent amalgamatu, a ile tam jeszcze było zebów. Przybrała już tylko jedynie słuszny czerwony kolor, a oczy czarnoje prawie zwisały na zewnątrz na resztce tkanki.

- Dobra! Wszyscy niedostateczny z zachowania! Dawać dzienniczki! Już ja wam tą solidarność z dupy powybijam, wy!

I paszła w pizdu. Razem z panią od rosyjskiego. A my spokojnie, luzik. Ja znowu ciągnąłem Rudą za warkocz, Jabłuszko kulał nowe smarki, a Buła obżerał się tym, co mu jeszcze zostało.

System i tak się zmienił w ciągu pół roku, a Mrówa na apelu powiedziała z niekrytym żalem: "no i mamy już solidarność".